Jak nie spotkałam się i spotkałam z Jackiem Kuroniem

0

Wczoraj minęło 16 lat od śmierci Jacka Kuronia, jednego z najbardziej znanych i uwielbianych przez Polaków mieszkańców Żoliborza. Mieszkał – tak jak inny znany dziś żoliborzanin – przy ul. A. Mickiewicza, tyle że po przeciwnej stronie pl. Wilsona, co wydaje się dość symboliczne. Mieszkał tam, z przerwami na pobyty w więzieniach, do końca życia. Za czasów PRL było tu centrum dysydenckich spotkań. Później także miejsce spotkań wielokulturowych. Tego mieszkania nie strzegły kordony policji, wchodziło się tam bez pukania i przyjść mógł każdy, nawet wtedy, gdy jego lokator został ministrem pracy i polityki socjalnej w rządach III RP. Byłam w tym mieszkaniu.

Obrady w Sejmie przedłużały się do późnych godzin nocnych. W latach rządu Tadeusza Mazowieckiego (1989-91) takie długie debaty były czymś normalnym, podobnie jak dziś. Późnym popołudniem szefowa zadała mi pytanie, czy nie chciałabym pojechać z Grażyną (moją bardziej doświadczoną koleżanką redakcyjną) do domu Kuronia, zrobić z nim wywiad. Teraz jest w Sejmie, ale obiecał przyjąć nas po powrocie. Czy nie chciałabym? Też pytanie!

Kiedy zaczęłam pracować w redakcji „Sztandaru Młodych”, w 1987 r., Jacek Kuroń był tam legendą. Z powodu opublikowania na łamach gazety wywiadu z nim, wtedy znanym działaczem opozycyjnym, „poleciał” ówczesny naczelny, Jacek Nachyła. (Utrata stanowiska groziła mu już rok wcześniej za wydrukowanie 28 sierpnia 1980 r. 21 postulatów robotników strajkujących  w Stoczni Gdańskiej. Skończyło się reprymendą na „czerwonym dywaniku” w Białym Domu, tak wówczas nazywano siedzibę KC PZPR, gmach dzisiejszej Giełdy Papierów Wartościowych.) To był pierwszy wywiad z Jackiem Kuroniem, przeprowadzony w hali gdańskiej Oliwii podczas Kongresu Solidarności dla reżimowej gazety ogólnopolskiej. Mimo sprzeciwu cenzury i wbrew oficjalnej linii propagandowej, choć (cudów nie było) za sprawą ówczesnego sekretarza propagandy KC PZPR, który ostatecznie, nad ranem, kiedy gazeta była już wydrukowana, wydał na to zgodę. Ale wywiad z Kuroniem na 1 stronie „SM”, organu Federacji Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej… tego władza przełknąć nie umiała. Naczelny stracił stanowisko, choć cała redakcja stanęła za nim murem.

Do Kuroniowego mieszkania wchodziło się od podwórka. Szukałyśmy właściwej klatki schodowej, nie wiedziałyśmy, że jest na parterze. Wystarczyło spojrzeć w okna. Wzdłuż długiego pokoju, w przytłumionym świetle, majaczyły  na sznurze słynne dżinsowe bluzy i spodnie. Nie mogłyśmy powstrzymać się od śmiechu i zdziwienia, że ma ich aż tyle. Wydawało się, że zawsze występował w jednej i tej samej koszuli… Dojrzałyśmy też na szafie rząd butelek Johna Walkera, ulubionej whisky gospodarza. Bingo, byłyśmy u celu.

Powitała nas serdecznie wtedy partnerka, późniejsza druga żona Jacka Kuronia, pani Danuta. Zabijcie, nie pamiętam tej rozmowy, tak bardzo byłam przejęta oczekiwaniem na bohatera wywiadu. Pamiętam półmrok, niskowatową żarówkę, oświetlającą surowe wnętrze pokoju, przedłużające się oczekiwanie, wreszcie zmęczenie i burczenie w żołądku, który domagał się jedzenia. Pamiętam przepraszające spojrzenie pani Danuty, która wielokrotnie dzwoniła (ze stacjonarnego, oczywiście), a na koniec odebrała telefon, z którego dowiedziałyśmy się, że… Jacek Kuroń nie przyjedzie. Było już grubo po północy.

Wciąż pozostawał w Sejmie. Nie pamiętam, czego dotyczyła debata, wiem, że była przełomowa. Wtedy większość debat taka była. Czasy były przełomowe. A Jacek Kuroń odgrywał w nich znaczącą rolę.

Pojechałam wczoraj pod adres Mickiewicza 27. Od strony ulicy tablica upamiętniająca najważniejszego lokatora. Przed domem mały skwerek z ławeczką, który powstał bodaj w tym samym czasie, co tablica. Kwitnie jeszcze jaśminowy krzew (na mojej ulicy już posypały się płatki). Choć dawny budynek ZUS czasy świetności już dawno ma za sobą, osiedle jest zamknięte i chronione szyframi na domofonach.

Wcześniej tego nie zauważyłam. Od strony podwórka plac zabaw i kilka skwerków. Na jednym z nich pomnik maryjny pośród wysokich drzew, a obok głaz z wygrawerowanym tekstem ku czci poległych podczas powstania warszawskiego mieszkańców  domu przy ul. Mickiewicza 27.

Naprzeciwko, w jego ulubionym parku im. Stefana Żeromskiego też kamień upamiętniający Jacka Kuronia. Zapodziało mi się gdzieś to zdjęcie. Podobnie jak zdjęcie pomnika zakochanych, o którego tu postawieniu marzył za życia.

Kuroń ma też swój skwer u zbiegu ulic Gdańskiej i Potockiej, naprzeciwko  Szkoły Głównej Służby Pożarniczej. Podczas uroczystości otwarcia (2010 r.) było pół Warszawy, synowa Jacka Kuronia częstowała ich słynną „kuroniówką”, zupą, którą – będąc już ministrem – karmił bezdomnych. Wspominano jego charyzmę i nietuzinkowość. Kochał ludzi i był im życzliwy, bez względu na pochodzenie, status społeczny, partyjną czy kościelną przynależność bądź nieprzynależność. Bolała go ludzka bieda. Pochylał się nad losem pokrzywdzonych i wykluczonych.

I w takiej roli poznałam go parę lat później. W siedzibie… Ministerstwa Zdrowia na Miodowej, dokąd pojechałam na spotkanie Jacka Kuronia z przedstawicielami Monaru Marka Kotańskiego i jego podopiecznymi. To były też czasy, gdy szalał wirus HIV, a wiedza na temat jego rozprzestrzeniania się była w społeczeństwie bliska zeru. Ludzie panicznie bali się zakażenia i każdego chorego na AIDS, a że chorowali głównie narkomani, w tym podopieczni Kotańskiego z jego stowar­zyszenia (pomagającego osobom uzależnionym, chorym i bezdomnym) – lokalne społeczności gotowe były spalić wszystkie monarowskie ośrodki. I nie dopuścić do powstania kolejnych. W sprawie protestu przeciwko powstaniu  takiego miejsca pod Warszawą było właśnie to spotkanie.

Patrzyłam, jak przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia wchodzą do sali spotkań. Chwytali klamkę do drzwi przez chusteczkę albo połę płaszcza. W sali zajęli miejsce z dala od „markotów” i nie podjęli z nimi żadnej rozmowy, podobnie jak przedstawiciele lokalnej społeczności, przeciwnej budowie ośrodka. Dopóki nie pojawił się minister Kuroń. Ten przybył ze sporym opóźnieniem i od razu zajął miejsce pośród „narkomanów”. Dzielił się z nimi herbatą z własnego kubka. Miałam okazję przekonać się o jego niezwykłej charyzmie. Napięta z początku atmosfera od razu się rozluźniła.

Po spotkaniu podeszłam do Kuronia i przedstawiłam się. Kiedy usłyszał, że jestem dziennikarką „Sztandaru Młodych”, przyciągnął mnie do siebie i pocałował w… oko, zapewne z rozpędu. A kiedy opowiedziałam mu historię niedoszłego wywiadu, zaśmiał się i przeprosił. Ale, tłumaczył, była sprawa w Sejmie do załatwienia, taki był wtedy gorący czas i taka potrzeba.

A budowę ośrodka Monaru pod Warszawą wybronił. Potrafił miejscowym ludziom wytłumaczyć i taką potrzebę. Prawdziwy człowiek dialogu. Dziś nie ma już takich…

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułW akustycznym cieniu
Następny artykułZalane Bielany

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here