Posprzątane, ale…

0

Taka sytuacja na koniec lipca. Trawniki i żywopłoty przycięte, zniknęły łąkowe klimaty. Dziury – trzy – w jezdni (akurat przy naszym domu, bo gdzieżby) załatane, a przedtem w tych dziurach trzech rury kanalizacyjne oraz, jak się wyraził pan z ekipy naprawczej, przykanaliki – wymienione. Zniknęła budka Toi-Toi,  która jeszcze kilka dni po tym, jak panowie zabrali swój kram, urozmaicała nam widok po otwarciu drzwi domu. Dziś drzwi otwieram i czegoś mi brakuje. Są za to inne „atrakcje”.

Powrócił bowiem miejski ład, ale nie całkiem, jeśli wziąć pod uwagę zmasowany atak komarów w liczbie jeszcze większej niż przed rokiem o tej samej porze. Rozgorzała znów dyskusja w mieście: stosować opryski czy nie? Stanowisko ratusza jest jednoznaczne: nie. Pestycydy niszczą nie tylko komary i kleszcze, lecz także pożyteczne owady  – mówią eksperci i radzą pomyśleć o środkach ochrony osobistej oraz dbaniu o to, by przydomowe ogródki nie były wylęgarnią tych dokuczliwych owadów. Tymczasem żadne psikadła antykomarowe jakoś nie działają, a raczej – działają wręcz przeciwnie. Każdorazowo podlewanie  roślinności wokół domu jest dla mnie aktem bohaterstwa, okupionym licznymi śladami ukąszeń na całym ciele.

Wprawdzie eksperci zapewniają też, że prawdopodobieństwo zgonu po ugryzieniu tego wyjątkowo wrednego owada jest równe zeru, a żaden z kilkudziesięciu polskich gatunków komarów nie przenosi chorób, które zagrażałyby życiu i zdrowiu ludzi – zawsze jednak może zdarzyć się ten pierwszy raz. Jaką mam pewność, że nie trafi właśnie na mnie?

Całkiem serio jednak, komary latoś są uciążliwą zmorą, wyganiającą ludzi z przydomowych ogródków bardziej niż pandemiczny reżim, którego notabene prawie nie widać, choć krzywa zakażeń koronawirusem stale rośnie. Zwykle latem wzdłuż mojej ulicy niesie się gwar rozmów i pobrzękiwanie szkła, a tu – nuda, panowie i panie, nuda.

Co do naszego ogródka, jeśli ktoś się tu bawi, to nie ludzie, tylko… kuny. Od dłuższego czasu rozrabiają na naszej posesji, wygrzebując piasek z pojemnika przeciwpożarowego i doniczek. Na tarasie, zwykle w tym samym miejscu pozostawiają po sobie niezbyt efektowne ślady. Początkowo podejrzewałam koty sąsiadów, ale kształt owych niezbyt efektownych śladów na kocią robotę raczej nie wskazywał. Aż raz ujrzałam puszysty ogon zsuwający się po drzewie i wyskoczyłam za nim. Na piasku baraszkowały dwie prześliczne kuny, nie przestając skakać nawet na mój widok. Pobiegłam po telefon, żeby je sfilmować, ale oczywiście, było po zawodach. Znajomi przestrzegają, kuny są wielkimi szkodnikami, nie wolno pozwolić, aby się zadomowiły. Mąż porozwieszał na drzewach tzw. odstraszacze kun, jakieś obrzydliwe pompony wydzielające zapachy sierści psiej, bobrowej i innych stworzeń, uchodzących w naturze za wrogów kun. Czy kuny złapią się na ten „myk”? Na razie mamy spokój. Ale Wisła i Las Bielański niedaleko, a kuny, która zapewne stamtąd do nas wędrują, ponoć nie w ciemię bite.

Marzę o psie i myślę, że najwyższy czas zrealizować to marzenie.

Zdjęcia komarów i kun: Archiwum SGGW i WordPress.com

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułSmutny poniedziałek
Następny artykułOcalony z rzezi

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here