Skąd ta nazwa?

2

NA LEKTYCE

Marymont Kaskada. Tak się nazywa moja dzielnica. Uwielbiam tę nazwę, bo nawet bez wiedzy o jej pochodzeniu działa na wyobraźnię. Jest  źródłem wielu inspiracji. Mieszkający dwie ulice wyżej ode mnie I Kowboj RP np. przerobił ją na swoje kopyto, umieszczając  na tabliczce przymocowanej do parkanu swojej posiadłości napis: Mary Mont. Dowcipnie, ale w kompletnym oderwaniu od (historycznie udokumentowanego) praźródła. Obecna nazwa wzięła się z  połączenia Marymontu (spolszczona francuska Marie Mont czyli Góra Marii) z Kaskadą, zabytkowym zespołem pałacowo-parkowym, tarasowo schodzącym w kierunku Wisły.

Na tym wzniesieniu, ochrzczonym na cześć ukochanej żony Marysieńki, król Jan III Sobieski nakazał u schyłku XVII w. wybudować pałacyk, służący rodzinie królewskiej za miejsce wypoczynku (pełniącego  też funkcję pawilonu myśliwskiego). Później rezydencję odkupił od Sobieskich król August II Mocny, gruntownie ją przebudował na pałac myśliwski i założył przy nim zwierzyniec. Zarówno August II, jak i jego syn August III wypoczywali w pałacu podczas polowań, organizowanych w pobliskim Lesie Bielańskim i w Puszczy Kampinoskiej.

Dziś na fundamentach pałacyku stoi katolicki kościół pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski, będący pod opieką Zgromadzenia Księży Marianów. U jego podnóża rozciąga się najstarszy w Warszawie Park Kaskada, pięknie zagospodarowane pozostałości po parku przypałacowym. Zachował się jedynie zespół stawów – znanych dziś jako Stawy Kellera – z wysepką, ulubionym miejscem wypoczynku kaczek (mają tu swój drewniany domek).

Nazwę: Stawy Kellera nadano w 2010, dla upamiętnienia jednego z ostatnich właścicieli tego terenu, przemysłowca Emila Kellera. Dawniej odchodziła stąd rzeka Rudawka, obecnie istnieje jedynie końcowy, uregulowany jej fragment przy ul. Klaudyny, skąd kanałem – pod ulicą Podleśną – rzeczka wąskim nurtem wpływa do – już nie Lasu, lecz Lasku Bielańskiego.

Stawy Kellera oraz skrzyżowanie z ulicami Rudzką i Hłaski wyznaczają początek mojej ulicy, ulica Podleśna koniec. Skąd się wzięła Lektykarska? Pierwsze skojarzenie: lektyka. Wyraz dość egzotyczny. (Słowniki podają: «fotel lub łoże osłonięte baldachimem, przystosowane do noszenia ludzi przez tragarzy lub juczne zwierzęta».) Kto tu, kogo i dlaczego nosił w lektyce? Może niesiono tędy króla z pałacyku, poprzez rozlewiska rzeki Rudawki, do lasu na polowanie? Wyobraźnia podpowiada taki wariant i znajduje on nawet uzasadnienie w źródłach historycznych, o czym włodarze gminy Bielany zdają się nie pamiętać. Pytani o nazwę urzędnicy kręcili głowami i rozkładali ręce, zapisów żadnych nie znajdując, przypominając jedynie, że jeszcze po II wojnie światowej w tym miejscu, gdzie dziś ulica, były jedynie błota i cieki wodne. Tymczasem niejaki Philippe Dupont, służący pod rozkazami Jana Sobieskiego jeszcze jako hetmana, do końca dni swoich zaufany człowiek Jana III i królowej Marysieńki, w pamiętnikach wspominał: „Król oddawał się łowom niemal do końca życia, znajdując w nich wielką przyjemność. Sporym utrapieniem była dlań konieczność rezygnacji z jazdy konnej i korzystania z otwartej lektyki, co spowodowane było złym stanem zdrowia pod koniec życia króla. Utracił tym samym Jan III jedną z przyjemniejszych części polowania, jaką jest pogoń za osaczoną przez psy zwierzyną.” („Pamiętniki historyi życia i czynów Jana III Sobieskiego”).

Pierwsze domy, domki właściwie, stanęły przy Lektykarskiej w latach 50. ubiegłego wieku. Budowane metodą gospodarczą, z materiałów, co tam komu w ręce wpadło, przypominały raczej budki w kształcie prostych klocków, tu i ówdzie łączone w pary. Z czasem parterowe siedziby, należące głównie do rzemieślników (tzw. prywatnej inicjatywy) rozrosły się i wszerz, i w górę, nabierając wielkomiejskich, willowych kształtów. Nigdy jednak nie wykroczyły poza drugie piętro. Dziwić więc mogło gmaszysko, postawione w latach 70. przy skrzyżowaniu z ul. Smoleńskiego, szumnie zwane Intraco III (Intraco I przy ul. Stawki 2 był pierwszym warszawskim drapaczem chmur). Ten 7- piętrowy wieżowiec wydawał się bez żadnego umiaru i uzasadnienia wyrastać ponad poziom reszty domów, wyskakiwał w perspektywie ulicy niczym Filip z konopi. Z czasem budynek, mimo znacznych gabarytów,  nie mógł pomieścić wszystkich biur, które po 1989 szukały tu miejsca na locum, więc na ich potrzeby, po obu jego stronach, jak przez pączkowanie wyrosły 3-kondygnacyjne pawilony. Kłóciły się z moim poczuciem estetyki zawsze, ilekroć na nie spojrzałam. Paskudne, brudnoniebieskie prowizorki, złożone z betonu, dykty i szkła, przetrwały do 2012 r. Aż teren wykupił deweloper budowlany i zburzył na nim wszystko, łącznie z wieżowcem.

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMoja ulica
Następny artykułZmiana warty

2 KOMENTARZE

  1. To praca prawie detektywistyczna, szukanie korzeni nazwy ulicy. Wyobraźnia też się przyda. A odkrycie jest bardziej romantyczne, niż byłoby w przypadku ulicy, na której mieszkam, bo jej nazwa została wybrana z przypadkowej listy w urzędzie.
    Pozdrawiam serdecznie!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here