Spacerniak w czasach zarazy

0

Kiedy po półtoramiesięcznej nieobecności wróciłam na moją ulicę, nie była to już ta sama ulica. Zmroziło ją arktyczne powietrze. A zaraz potem powietrze morowe. I stało się jasne: nic tu nie będzie już takie samo jak przedtem.

Na przełomie tego i zeszłego roku wszystko szło nie tak. Zabobonni ludzie przestrzegali przed nieznaną katastrofą, szukając znaków na niebie i ziemi. Przyroda oszalała zeszłego lata, myląc strefy klimatyczne i tak jej zostało. Zima nie była zimą, a kiedy kartka w kalendarzu zapowiadała jej definitywny koniec, ta nie chciała ustąpić. Sypnęła na moment wielkimi płatami śniegu, jakby sobie przypomniała, na czym jej prawdziwy czar polega, tyle że za późno – śnieg topniał po zetknięciu z ziemią. I całymi dniami trwała jeszcze ni-to-zima, ni-jesień, ni-to-przednówek, ni–to-co. Wiosna wślizgiwała się niezauważenie i kiedy już nikt nie wierzył, że nadejdzie, nagle wybuchła – słońcem i wysoką temperaturą. Ale tylko na chwilę. Bo znów nadciągnął północny wiatr i zmroził powietrze. Forsycja przed naszym domem nie chciała zakwitnąć, ledwie wypuściła pączki.

Wróciliśmy do domu tej nocy, kiedy zamknięto granice przed zarazą. Udało się nam je przejechać tuż przed godziną zero, by uniknąć obowiązkowej kwarantanny. Wróg nadciągał. Czuliśmy jego oddech już w Austrii, w sąsiadującej z Włochami Karyntii, gdzie byliśmy na nartach. Wróg o pięknej nazwie: koronawirus i równie strasznym działaniu. O którym mówiono, że daleko gdzieś w Chinach, Korei, że do nas nie dojdzie, zbierał już śmiertelne żniwo we włoskiej Lombardii, zaatakował Niemcy. W epoce, gdy ludzie masowo przemieszczają się samochodami i samolotami z jednego końca świata na drugi, w tę i z powrotem, bez końca, wiara, że wirus nie podąży za nimi, jest co najmniej śmieszna. Wirus rozprzestrzenia się z prędkością odrzutowca i może dopaść każdego.

Mamy więc w kraju epidemię. Obowiązkową 2-tygodniową kwarantannę po możliwym zetknięciu się z osobą zakażoną i kwarantannę na wszelki wypadek. Zakaz wychodzenia z domu bez wyraźnej potrzeby i zakaz spacerowania w grupach większych niż dwie osoby. Wyludniły się ulice miasta, opustoszały budynki użyteczności publicznej, zamknięte są kina, teatry, kawiarnie, restauracje, sale ćwiczeń i place zabaw.

Pusta jest moja ulica. W weekendy zwykle tętniła życiem. Przechodziły nią do pobliskiego Lasu Bielańskiego i sąsiednich parków całe rodziny, z dziećmi i psami, biegali sportowcy z niedalekiej Akademii Wychowania Fizycznego, młodzież szalała na wrotkach i hulajnogach. Moja spacerowa ulica to teraz spacerniak pod przymusową kwarantanną.

Tej nocy czas zmieni się z zimowego na letni. I chyba nie ma to większego znaczenia, bo aktualnie odmierzamy inny czas, czas zarazy. Odmierzamy go liczbą zakażonych i zmarłych: 4 marca trafił do szpitala pierwszy pacjent z koronawirusem w Polsce, w nomenklaturze epidemii – pacjent  „zerowy”. Dziś, 28 marca, mamy 1638 zakażonych, 18 z nich zmarło. To nie tak dużo jak we Włoszech, Hiszpanii czy USA, szczyt epidemii wg ekspertów ma dopiero u nas nastąpić. Kiedy zerwiemy ostatnią kartkę z tego strasznego kalendarza? Z jakim rachunkiem żywych i umarłych? Jak będzie wyglądał nasz świat po? Straszne pytania, na które nikt obecnie nie zna odpowiedzi.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here