Szczęśliwa czternastka

0

Szczęśliwa czternastka

Dziś ważna dla mnie data – rocznica ślubu moich Rodziców, już 68. Od 11 lat obchodzimy ją bez jednej połówki tego jubileuszu, bez Taty, i trochę nam smutno z tego powodu, a trochę radośnie, kiedy odwołujemy się do wspomnień.

Dla mnie to data szczególna także dlatego, że równo 9 miesięcy później, 14 lutego, przyszłam na świat. Lubię myśleć, że zostałam poczęta w noc poślubną Rodziców, jeszcze czternastego (maja). Co byłoby możliwe, jako że ślub zakończył się skromnym poczęstunkiem, wesela nie było, wieczór (i noc) młodzi małżonkowie spędzili we dwoje.

Rok 1952, Poznań. Trudny, powojenny czas. Krystyna i Leon. On – lat 28, świeżo upieczony lekarz, odbywający staż w szpitalu miejskim im. J. Strusia na Szkolnej,  ona –  młodziutka, 20-letnia pielęgniarka na oddziale niemowlęcym, a właściwie dopiero co awansowana instrumentariuszka oddziału operacyjnego w tym samym szpitalu. Oboje bez grosza przy duszy, ale z głowami pełnymi marzeń o medycynie i rodzinie, i lepszym życiu.

Był piękny, słoneczny dzień majowy. Ślub wyznaczono na  godz.  17.,  ale Pan Młody spóźnił się 10 minut. Całe 10 minut! Dlaczego? Wtedy jeszcze wszędzie się spóźniał, śmieje się Mama, to ja nauczyłam go punktualności.

Panna Młoda. Pożyczona od kuzynki biała sukienka z kołnierzykiem „bebi” pod szyję i welon, na głowie wianek z białych kwiatków, szare buciki zamszowe, do tego bukiet białych goździków. Pan Młody. Granatowy garnitur  pożyczony od ojca, tak jak obrączka ślubna. Starczyło jedynie na zakup obrączki dla przyszłej żony, swoją po ceremonii musiał oddać,  razem z garniturem. Prawdziwą własną obrączkę kupił sobie po paru miesiącach. Często ją potem musiał zdejmować, przed każdą operacją (został chirurgiem), aż kiedyś zostawił na umywalce i przepadła. Los pierwszej obrączki podzieliły potem następne, o co Mama miała zawsze do Taty pretensje, w końcu przestał ją nosić. Założył na stałe dopiero na późnej emeryturze, kiedy nie mógł już operować.

Kościół parafialny na Ławicy (dzielnica Poznania). Ślubu udziela proboszcz w asyście młodego księdza Władzia, przyjaciela Pana Młodego, mojego późniejszego „duchowego” ojca chrzestnego (to on wybrał mi imię). Świadkowie – ciotka Klara, siostra Pana Młodego i wujek Seweryn, prawny opiekun Krystyny (w czasie wojny została sierotą). Na „orszak” ślubny składali się członkowie najbliższej rodziny: opiekunowie Panny Młodej z córkami, rodzice Pana Młodego, ciotka Władka ze Swarzędza i Czesia z Winiar (dzielnica Poznania). Spóźniła się babunia Marianna ze strony wuja Panny Młodej, spóźnienie było usprawiedliwione, tego samego dnia urodził się jej pierwszy wnuk.

Potem kawa i ciasto u opiekunów Panny Młodej, wujostwa Konstancji i Seweryna, wieczorem skromna kolacja i powrót do domu rodzinnego Pana Młodego.

Prezenty ślubne? Były dwa. Kulka wieprzowiny od ciotki Czesi (skonsumowana przez gości) oraz… szczotka i szufelka od ciotki Władzi ze Swarzędza.

To była środa, następnego dnia młodzi małżonkowie poszli do pracy. Podróż poślubna odbyła się w niedzielę, trwała niewiele ponad pół godziny, tyle ile trzeba, żeby objechać dorożką dookoła jezioro w niedalekim Kiekrzu. Za bajońską sumę 50 zł, dokładnie trzecią część pensji Pana Młodego. Pojechać dorożką – spełniło się marzenie Panny Młodej.

Rocznicę ślubu Rodziców świętowałam, odkąd pamiętam. Wcześnie rano biegłam na drugą stronę domu mojego dzieciństwa, do Pani Bąkowej, ogrodniczki po bukiecik  świeżo zerwanych konwalii. Ulubione kwiaty Mamy. Czasem, gdy nie było konwalii, zastępowałam je białym bzem. Nie pamiętam, żebym robiła jakieś specjalne prezenty dla Taty, poza okolicznościową laurką, narysowaną na cześć obojga, więc także i dla niego.

Za to Tato obdarowywał Mamę kopertą z banknotem w środku, z dedykacją, żeby kupiła sobie coś osobistego i liścikiem osobiście zdobionym dowcipnymi rysuneczkami. Mama  zachowała wszystkie te obrazki, ja trzymam u siebie ich kserokopie. Żałuję, że nie namawialiśmy Taty do częstszego rysowania, miał do tego niewątpliwy talent.

Odszukałam cytat dnia, wydrukowany na kartce z kalendarza z pamiętnego 14 maja 1952 roku, brzmiał:

„Herkules dwanaście ciężkich prac wykonał, a trzynastej nie mógł podołać: żony nie mógł poskromić.” Przypadek?

Tylko Tatuś, który już gdzieś tam na górze, wie najlepiej i zapewne na samą myśl o tym podśmiewa się radośnie, celebrując kolejną rocznicę swojego ślubu.

Ps. Przez całe dzieciństwo i młodość wierzyłam, że najlepiej dobrana para małżonków to taka, jak moi  Rodzice, on starszy od niej o  8 lat. Różnica wieku idealna.

Ps. Ps. Uwaga! Nie ma ani jednego zdjęcia ze ślubu. Na „nadwornego” fotografa zabrakło pieniędzy. Po prostu. Do fotografa w celu upamiętnienia tego wydarzenia Państwo Młodzi poszli zaraz po ślubie. Zakład fotograficzny mieścił się w podwórzu – obok magla. Wybiegły stamtąd dwie kobiety i głośno komentowały: Łe jery, ślub w maju, a kto to bierze ślub w maju?! Pani kochana: w maju ślub, rychły grób… Na zdjęciu, które tu zamieszczam, Rodzice obchodzą 5. rocznicę ślubu. Zrobione na balkonie domu wujostwa Konstancji i Seweryna, Poznań, ul. Świerczewskiego, dziś Bukowska, w tle drzewa osłaniające boczne wejście na teren Międzynarodowych Targów Poznańskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here