Wakacje, wakacje!

0

Jak ja kocham Warszawę w kanikule! Pustoszeją ulice i parkingi, ludzie i samochody znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, można oddychać! Ale nie na mojej ulicy…

Na mojej ulicy ruch zmalał niewiele, nie tak bardzo jak w poprzednich latach, kiedy na miejscu nowego osiedla stały pawilony biurowe i kto tam żyw, brał urlopy w taką pogodę. Tymczasem lokatorzy nowych mieszkań urlop spędzają na ich urządzaniu, a to oznacza ruch: podjeżdżają „dostawczaki” z meblami i sprzętem, słychać wiertarki i odkurzacze. W kontenerach rośnie góra kartonów i śmieci, wystarczy silniejszy powiew wiatru, żeby przywiało je na moją stronę. Itd., itd. Wszystko to pod moim nosem, pogodziłam się już nawet, powiedzmy, trochę się pogodziłam, z prześladującym mnie syndromem remontów – pocieszam się, że kiedyś się skończą. W ostateczności, wakacje, też mogę wyjechać…

Szczęśliwie, choć żar się z nieba leje, na mojej ulicy zieloność bujna, jeszcze słońcem nie wypalona. Zniknęły kolory wiosennych i wczesnoletnich kwiatów, zieleń drzew i krzewów nabiera różnych odcieni. Na lekko wyliniałej skarpie vis-à-vis białe płomyki i wyrudziałe trawy… pustynnie i sennie, po żywsze kolory muszę zajrzeć do swojego ogródka.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here